poniedziałek, 10 czerwca 2013

Lewy wave, czyli Maroko na fali


Z wielkimi oporami, by jechać pływać falę na lewą nogę, w końcu zdecydowałem się na przełamanie traumy z El Cotillo. Wybraliśmy się na prognozę do Sidi Kaouki. Spontanicznie kupiony bilet, szybki dojazd na lotnisko w ostatniej chwili, pakowanie quiverów na trawce pod terminalem i siedzimy w samolocie. Na miejscu w Agadirze ma na nas czekać Hassan albo inny Ahmed. Nigdy do końca nie wiadomo co będzie. Szczęśliwie lądujemy i przekazany zostaje nam Partenerek, do którego z trudem ładujemy się we 3 ze sprzętem. Deski montujemy na dachu, bo nie ma bagażnika (co prawda panowie próbowali kątówką dorobić na szybko bazę z innego auta, ale jednak nie spasowała) i oplatamy 2 pasami - tak zaleca lokales. W końcu przed nami 180km pod wiatr, więc 80-90kmh max. Niby tylko 180km, ale zajmuje nam to prawie 3,5h, bo im bardziej na północ, tym droga staje się coraz bardziej kręta. Do Sidi Kaouki docieramy przed 22.30 do miłego hoteliku La Pergola, którym zawiaduje Thierry. Warunki ascetyczne, ale czysto i smaczne śniadanka. Nic więcej surferom nie jest potrzebne - taka jest prawda. Pierwsze 3 dni w prognozie to malejąca fala z 1,7m do 1m i wiatr niby 15-18knt w prognozie. Ale w Sidi jest akceleracja jak w Sotavento, czyli od 13-14.00 mamy w pierwszy dzień pływanie na 4.7 (tak naprawdę na 4.3, ale nie było czasu na zmianę). Drugi dzień to już 3.7. 4.7 zaniosłem tylko na plażę, zrobiłem 2 halsy i uciekłem po "chusteczkę". Fala szkoleniowa, do 1,5m - nie robi krzywdy, więc można próbować swoich sił popełniając błędy. W części spotu "na zamkach" fala 1,5x większa, więc kręcimy się generalnie tam. Po 2 dniach robię dzień przerwy, chociaż wieje na 4.7. Chłopaki pływają, Piter popołudniu próbuje kite'a i robi nawet tabletopa na wysokości 6m na kierunkowej kiteowej desce - oczywiście niezamierzonego ;) Wojtek czesze do upadłego resztki falek. Ja muszę odpocząć, bo to moje pierwsze 2 dni na wodzie w tym sezonie - zero formy, a łapy już do kolan. Najlepsze ma dopiero nadejść, więc trzeba się oszczędzać!


W środę zaczyna docierać swell z NNW. Dzień luzu to był strzał w dziesiątkę. W pełni sił jako forlaufer ruszam na wodę od razu na 3.7. 20min kiwaczka i zaczyna się jazda. Ci co wzieli od razu duży sprzęt zaczynają nerwowo biegać i zmieniać na mniejsze. Na najbliższe 4-5dni 3.7 będzie podstawowym sprzętem. Pod wieczór wchodzą już 2-2,5m tramwaje z okresem 8-9s.


Dzień trwogi - fale po 3,5-4m, najmniejsze po 2m. Funkcja forlaufera - przebijam się raz przez przybój zadowolony, że poszło tak łatwo. Jak się okazuje jest to ostatni raz tego dnia w Sidi. Potem 3.7 jest już za duże. Wojtek też przejeżdża raz ale z duszą na ramieniu i potem pełnym baksztagiem zasuwa do brzegu widząc, bo dzieje się za przybojem. Nie ma żartów. Warun dla ekspertów z Storm Chase'a. Zawijamy się do Essaouiry. Tam jest łatwiej. Wiatr na 4.3 ale fala na lewo od szkółek też powala - wchodzi czysta do zatoki między wyspą a portem. Największe sety pod 3m i od razu pionowe. Wytrzymuję ponad 3h. Ale jest łatwiej - można coś robić, a nie stresować się przybojem. Chłopaki idą na miasto. Mają dość na ten dzień po Sidi, ale chyba trochę żałują. Essaouira przy takim swellu jest bardzo przyjemna - raptem 10-15 wsów na wodzie. Szkółki siedzą z głową zakopaną w piachu.


Kolejne dni siedzimy w Sidi. Warun wyśmienity - można powoli zjeżdżać "na zamki", ale trzeba mieć się na baczności z przybojem. Pływy już w miarę się stabilizują - 2,8m różnicy. W dniu przyjazdu była pełnia - 3,8m różnicy niski-wysoki - szok! Wieje do przedostatniego dnia (na 4.7) i całe szczęście. Jesteśmy wykończeni pływaniem i przeznaczamy poranek przedostatniego dnia i ostatni dzionek na szybkie zwiedzanie innych okolicznych spotów - więkoszość z rafą i skałokami, więc przy takiej prognozie nie było sensu jechać do Moulay Bouzertoun bo by nas tam zmiażdżyło.


Moulay okazuje się jeszcze większą dziurą niż Sidi Kaouki. Odwiedzamy też spoty na południe od Sidi - Secret Bay i 2 klify. Na koniec zapodajemy na Cap Sim - jak się okazuje od auta (po przejchaniu kilku km po kamolach) do przylądka jest prawie 1,5-2h na piechotę. Wieczorem pakujemy szybko manatki i następnego dnia rano ruszamy w kierunku Agadiru. Mamy spory zapas czasu, więc wstępujemy na prawdziwy tagine w Agadirze. Mniam! W samolocie takiego nie będzie. Powiem więcej - nie będzie niczego poza drogimi batonami i sztucznymi kanapkami. Dolatujemy do Berlina, przepak do busa (3 quivery w całości i nas 3 i duży Sprinter jest nasz - nikt się już nie mieści). Potem te 3 quivery rozkładamy na 2 osobówki i pomykamy do Ojczyzny.


Więcej fotek tutaj...