Tura "na okno pogodowe ICM" trafione w 75%. Brak okna odnotowano od Przełęczy Bukowskiej do Przęłęczy Goprowców. Warun śniegowy bardzo miły - śniegu więcej niż miesiąc temu, chociaż była odwilż.
Trasa znaleziona w necie - przećwiczona w terenie.

Rano zatrzymuję się na Przełęczy Wyżniańskiej, warun niezły, ale nie przyjechałem tu dla zjazdów z Małej Rawki - te były ostatnio. Teraz coś innego. A więc w dół z przełęczy do Wołosatego. Po drodze zakup świeżutkiej drożdżóweczki (zjedzona od razu) oraz batoników (na drogę) w sklepie na wlocie do Ustrzyk Górnych. W drodze do Wołosatego zabieram Panią na stopa, okazuje się, że turował przez 5lat jako jedna z nielicznych kobiet w Wołosatem, ale już nie te lata i teraz "lata" na biegówkach. Czy ja wiem? To co bardziej daje w kość? Chociaż nikt z kolegów 6h na biegówkach nie lata, no poza znajomym Piotrkiem T. W Wołosatem stawiam auto zaraz za znakiem - zakaz wjazdu. Takluję sprzęt, aż nagle podjeżdża VW T4 i wyskakuje Pan ze Straży Granicznej. Szybko dochodzę do wniosku, że sam zaproponuję przestawienie auta przed znak - Pan się zgadza.
Ruszam więc na przełęcz Bukowską - kawał drogi, na biegówki w sam raz, ale nie zanudzam się 2-3% wzniosem tylko hiperwentyluję się świeżym powietrzem. Na przełęczy wiata zawiana, a poprzednie ślady sanek i psów (pewnie zaprzęg) się urywają - dalej przecierać sobie będę sam.
I tu kończy się pierwszy etap okna pogodowego. Docieram na Halicz, posługując się "wbudowaną intuicją skauta we mgle". Następny drogowskaz spotykam na jakiejś przełęczy bez nazwy, na której pisze, że do następnej przełęczy 30min a jeszcze innej przełęczy 45min. Przełęcze "bez nazw" są cenną wskazówką w śnieżnej chmurze, która akurat sobie przyszła z Ukrainy i spada mi na łeb. No ale foczę na azymut w kierunku wskazanym przez strzałki, bo potem już innych strzałek nie ma. W normalnych warunkach widoczności pewnie widać następny znak, teraz widać tylko białą górę, kolejną białą górę ale jest znak szczególny - ma grzebień z ostrych kamieni. Czyli coraz bliżej do Tarnicy...
Zaczynam zjeżdżać spod grani i nagle otwiera się drugi etap okna pogodowego, które od tej chwili towarzyszy mi do końca wycieczki.
Moim oczom ukazuje się przełęcz Goprowska i zarys Tarnicy - robi wrażenie, nawet z 1250m wydaje się całkiem wielka.
Pakuję batona do brzucha i ruszam na kolejną przełęcz, oczywiście bez nazwy, ale tym razem pod Tarnicą. Teraz już nazwy nie mają znaczenia, bo wszystko widać jak na dłoni. Wdrapuję się na taras z krzyżem, delektuję się widoczkami, odklejam foki (myślałem że poraz ostatni w tym dniu, ale potem się okazuje, że jeszcze muszę ich użyć, z czego jedna foka mówi że jej zimno i się "nie chyta", co kończy się iściem z buta).
Zjazd z Tarnicy szybki, trochę puchu na dobrym twardym podkładzie po stronie zachodniej umila szybko mijające sekundy. Potem pakuję się w "Buczki", ale jak się okazuje - nie w te co trzeba, bo na dole natrafiam na jar ze strumyczkiem (tam są potrzebne foki żeby się wydostać). Jakoś trafiam na "szlak konny" i docieram do Wołosatego. Na krzyżówce na dowidzenia kontrola straży granicznej - "było miło" i za darmo. Parę kilometrów dalej kolejna kontrola - mówię że koledzy już mnie sprawdzali, wiec jest "milej".
Generalnie śniegu przybyło w paśmie Tarnicy i w górę od Przełęczy Wyżniańskiej. Połonina Wetlińska i Caryńska na dole cieńko
Więcej fotek
tutaj.