sobota, 18 października 2008

Wieści z Mauritiusa

Cali i z kompletem sprzętu i walizkami dolecieliśmy na miejsce. Air-France i Air-Mauritius dał radę. Do Paryza było cieplutko, az mi się w butach zagotowało, więc na kolejny etap wziąłem sobie sandałki i tu przegrałem. Do Air-Mauritiusa warto zabrać ciepłe odzienie, bo czułem się jak w dobrze klimatyzowanej serwerowni przez 11h, brrr. Niby dawali kocyki i czerwone skarpetki ale wymarzliśmy i tak. Spałem w polarze i goretexie.

Jako ze Poklopac przepowiadał badziewne prognozy spieszę donieść - nie taki wiatr tu wieje jak prognoza straszy! Wazna jest tez obserwacja pływów. Na pierwszy tydzień mamy z grubsza high-tide w ciągu dnia.

Pierwszy dzień lajtowy: 5.4 i 102l screamer, potem trochę na 86l beast. Generalnie opływałem sobie Duke'a 5.4, rozeznałem Manawa'ę z boku i raz ze środka. Dobrze na rozgrzewkę.
Wymieniałem sprzęta na co mi się zachciało. To jest pikne w Club-mistral. Wykupiłem dodatkowe ubezpieczenie sprzętu, bo jak wiadomo, napewno coś popsuję.

Dzień drugi to już to na co czekaliśmy: tym razem Ice 5.3 i 86l beast i jazda na Manawa'ę.
Fala bajkowa - dla mnie w sam raz, tak ze 2-2,5m. Cykl fali ponad 10sekund. Marek zapodał mi wskazówki jak robić batony i cutbacki. No i jakoś to idzie. żeby złapać falę to nie ma tak lekko. Czasami fala ci zwieje, czasami pójdzie bokiem. Trzeba się dobrze rozglądać i liczyć. Jedno mielenie mam za sobą, ale batony tez zacząłem łapać. Bardzo podobne do jazdy na snowboardzie (palce-pięty) tylko ci się ćwierć-pipe przesuwa ;)

Bez butów było by cięzko. Rafa jest fest ostra. Generalnie spotkać można sporo "kalafiorów", o które mozna sobie zrobić kuku nie mając butów. "Kalafior" to taki kawałek rafy na kształt grzybka/kalafiorka postawionego na sztorc.
Odnośnie psucia - dzisiaj dziurka w x-play'u, pewnie przy mieleniu. Nawet nie wiem kiedy. Taki spot. A teraz powoli kimanko nas bierze....

Dzień trzeci - kolejny brak prognozy i wiatr od 10tej w okolicach 18-19knt. Zapodałem dzisiaj Mistral Twinser 92l i do tego 5.3. Ciekawa deska waveowa, 231x63cm z dwoma finami. Odpala dość szybko i do tego jest fest skrętna. Niestety na Manale było słabiej, moze ze 14-15knt, więc popływałem wypornościowo zdobywając wysokość, pare fal złapałem, ale był niedosyt. Powrót na plazę i wymiana sprzętu do ćwiczenia ducków w nieskończoność czyli 102l syncro i 5.3 ice. Pływanie aż do momentu kiedy low-tide dał się we znaki - zrobiłem katapkę na jednym z kalafiorów w miejscu gdzie nie powinno go być.

Dzień czwarty - prognoza na 15knt, czyli na dzieńdobry 86l i 5.0 ice. Kuje 23-25knt. Jazda na Manałę ćwiczyć falę. To jest ten dzień, warunki wiatrowe na falach takie same jak przy brzegu, czysty sideshore ze 25knt. Piękna fala 2-2,5m, ćwiczę ile mogę. Raz zaliczony kalafior w kształcie "hydranta" mało nie skasował mi fina, trochę go obskubałem z "trocin" i ciął dalej wodę bez oporu. A nie mówiłem żeby w prawo nie pływać? - powtarzałem sobie. W ludziach strat brak.
3h jazdy na mega powerze, 5.0 okazywało się momentami za duże. Marek miał w tym czasie max zdepowerowaną 7-kę, ale on pływa na kierunkowej desce surfowej bez strapów. Wycina aż miło popatrzeć. Powrót na plażę by odetchnąć przez 0,5h i zmienić smak w gębie ze słonego na słodki przynajmniej na jakiś czas ;) No i w końcu zdecydowałem zaprząść Wave RD 76l i do tego 4.5 voodoo. Zestaw bardzo miły, może to voodoo zbyt radykalne, wolę ice'y (powerwave). Natomiast deska wymiata. Skręca jeszcze lepiej niż Beast 86l. W drugiej sesji popołudniowej były trochę mniejsze fale, ale za to mocniejszy wiatr. Opływałem 76l, fal połapałem trochę. Widziałem latającą rybę, która mi wyskoczyła przed dziobem i przeleciała chyba z 50m (szok!). Przy powrocie baksztagiem z Manały na plażę tak mnie przetrzęsło na czopie, że już się cieszyłem, że jestem na miejscu. Na tym odcinku wiatr się dokręcał do dobrych 30knt a jeszcze taki otwarty kurs dodaje odpowiedniej prędkości - w końcu jechałem slalomem, co chwilę wytracając prędkość na ostrym.
Zobaczymy co będzie jutro...

Dzień piąty - na prognozę juz nie patrze, 20knt z rana staje się faktem. Na początek 76l i 5.0, ale troszkę okazuje się to mało na Manale. Co widziałem z zyjątek morskich to na pierwszym halsie 3x tamdamdamdamdam /], /]. /] czyli bejbi-sharki. To mnie zelektryzowało maksymalnie. Rufa na 76l bezśligowa nie wychodzi, ale najszybszy start z wody jaki wykonałem udaje się w 100%. Na plazy dowiaduję się, ze miałem szczęście, ze je widziałem i ze są nie groźne. Szczerze mówiąc wolałbym ich nie spotkać - kto by chciał? Marek za to spotkał 2 dni temu ok. 70cm zółwia, który generalnie miał w nosie kiciarza i resztę bandy, nie chowając nawet głowy pod wodę. A z pływania to znowu trochę falek połapałem, parę mielonek. Idzie ku dobremu. Ze śmiesznych sytuacji to taką dzisiaj widziałem: nabieram wysokość na Manale a tu patrzę jak dwóch gości startuje na tej samej fali i są prawie złączeni ze sobą. Dochodzi do przepychanek na szczycie fali. Patrzę po linkach do góry, bo jeden to ws, a drugi kiciarz, i poznaję ten najbrzydszy latawiec na spocie - tak to Marek. Dziadek na ws obkłada go bomem, ze niby mu się wepchał na falę - tak to odczuł Marek, więc po trzecim razie mu oddał żagiel i dziadek wpadł do wody. Z mojego punktu widzenia wyglądało to tak, ze dziadek nie widział Marka i pompował żaglem na szczycie fali, zeby się na nią załapać. To tyle na dzisiaj z ciekawostek...

Dzień szósty - nie ma słońca = nie ma wiatru. No chyba ze złe wietrzne fatum przyleciało z Polski wraz z nowymi znajomymi - Grześkiem, Anką i Damianem. Ekipa kiteowo-paralotniarska z Wrocławia i Słupska posłana tutaj przez kolegę Jurka z Wrocławia. I tak z rana staraliśmy się pokleić bladder w kite'cie uczącego się szwagra Marka, więc ze nie wiało to nam zwisało. Dzisiaj zmienił się równiez kierunek swell'u i na małym break'u fala podchodziła pod 2,5m momentami. Niestety wiotra brakowało w kluczowych momentach a ja walczyłem na 5.3 i 102l. Początkowo próbowałem na 5.9 ale jest to kompletne nieporozumienie jeśli chodzi o manewrowość na fali. 2 razy mnie konkretnie zmieliło, ale tak to jest jak stoisz jak spławik zadając sobie pytanie: "co ja tutaj robię?, a tu się na ciebie wali 2,5m ściana wody. Na Manawa nikt nie pływał bo wiatr był bardzo nierówny i nikt nie chciał ryzykować, ze nie wróci. Na One-Eye'u pojawili się surferzy i az miło było popatrzeć jak pomykają z 3m lochów po 150-200m wzdłuz fali.
Na jutro słońce i lepsza "prognoza"... will see.



Dzień siódmy - low-wind wave session. Testuję dalej Twinsera 92l i 5.3 ice. Przy 15-16knt cudów nie ma, więc na Manawę jadę wypornościowo ale 2 halsami. Marek na 9tce juz tak rózowo nie ma jak w poprzednie dni, tez musi się troche naorać. Wszystko rekompensuje fala, która w tym dniu w większości przypadków ma ze 4m. Do południa jestem na wsie sam poza gostkiem, który zrobił 2 cykle i uciekł na plaze. Dla mnie wyznacznikiem jakości wiatru jest mozliwość startu z wody na 5.3. Z falą i tak jest jazda i szczerze mówiąc żagiel jest średnio potrzebny ;). Po południu dołączają kolejni ws-owcy i kite'ówcy. Lochy dają konkretną frajdę ze zjezdzania. Na koniec sesji połyka mnie 4-metrówka, a na domiar złego wpina mi się linka trapezowa - masakra. Ze 6 fikołków ze sprzętem staję się faktem, a w końcu po odrzuceniu zestawu ciągle płynę ku powierzchni w kamizelce, przemierzając turkusowe otoczenie. Nauczka - zawsze odrzucamy sprzęt przy fali większej niż 3m. Lepiej potem pożabkować do niego niż fikać z nim pod wodą. Po wynurzeniu określam straty - brak kapelusika, okularów i sprzętu. Szybki rekonesans i wypatruję część ubraniową na 12-tej, a hardware na 6-tej. Szybka zabka po kapelusik i okulary (o dziwo pływały) i spowrotem z kolejną falą po sprzęt. Po tym incydencie postanowiłem sobie odpocząć na plazy. Marek jeszcze został na Manale, ale po godzinie zniknął mi z widnokręgu, co oznaczało kłopoty. Oczywiście się to potwierdziło. Marek przejechał całą Manawę na woblerka. Pierwsza fala łyknęła mu latawiec i jak się okazuje daje to "niesamowitą moc" w kite'cie. Urwanie linki mocy było tylko kwestią czasu. Potem dryfowanie. Kręcił się tam tez Damian jadący na "fali nr 3", któremu na "fali nr 2" kite Marka zniknął z oczu. Wspomógł ziomka odszukując mu deskę. Juz chciałem wynająć rybaka, ale przypętało się droższe rescue na wodzie. Marka zwieźli do brzegu, więc nie miał co marudzić. Potem w czasie negocjacji stawki pouśmiechaliśmy się do pana z Club Mistral i z 4000 rupii uhandlowaliśmy 2000 (~180zł). Naprawa kite'a okazała się w miarę prosta - wymiana linki i po krzyku...


Dzień ósmy - semi-low wind wave session. Dzisiaj wiatr oscylował między 17 a 18 knt. Płynąc na Manawę zastanawiałem się czemu tam nikogo nie ma. Moje wątpliwości zniknęły 10min po tym jak tam dotarłem - po prostu wszyscy zaspali - od razu zjawiło się z 5 kite'ów. Był luksus - zero tłoku, fale do 4m i równy wiaterek. Po jakiejś godzinie przywiało niezłą bandę latawców. Z morskich zyjątek dzisiaj napatoczył się gruby kaliber - coś koło 8-10m z płetwą grzebietową na ~0,5m wysoką i długą na 2m, płetwa ogonowa pozioma. Raczej nie była to orka, bo kształt płetwy nie pasuje. Na razie szukam po necie co to mogło być. Najlepszy był kite'ciarz, który jak zobaczył to monstrum to pojechał w to miejsce gdzie się zanurzyło i wsadził głowę pod wodę ;) Tego dnia udało mi się porobić trochę fotek na falach. Rozwalający był jeden gość na niebieskim north'cie - najpierw zdjął Marka i poplątał oba latawce. Jakoś nie mineło z 10 min od wyplątania, a gostek zaliczył łódkę, z której robili zdjęcia pływającym surferom. Zdjął im syngalizację dźwiękowo-świetlną z nadbudówki co potwierdził metaliczny odgłos a potem konkretne "plum". Ja zaliczyłem jazdę w "turkusowym rollcosterze", bo w momencie gdy mnie dopadała piana wpieła mi się linka trapezowa, która po tym wyczynie się urwała. Marek wyrwał inserta z finem ze swojej lux-torpedy i doświadczał potem wielu spinów przy robieniu cutback'ów wywalając się, jak to określił - na pysk. Po południu przyłozyło ze 23-25knotów, ale ja juz miałem dość i wolałem się poopalać. Szykuje się mocna 4-ro dniówka - zobaczymy co z tego wyniknie...



Dzień dziewiąty - od 10 do 12-tej 20-25knt, jazda na Manawę na 86l i 5.3. Mały tłok, ludzie chyba jeszcze spali, albo była zmiana turnusu. Pełen wypas, lochy 3-4m, ciągła jazda w ślizgu przy robieniu wysokości. Damian tym czasem robi rekonesans na One-eye'u i donosi o zajebiście szybkiej jeździej w ćwierć-pipe'ie o wysokości ~2m. Marek szuka w między czasie warsztatu, gdzie mógłby naprawić wave'ówkę - wyrwany insert z finem. Potem lekko siada do 16-17knt więc spływ na plazę na mały odpoczynek. Po przeczytaniu kilkunastu stroniczek lekturki i wygrzaniu dupy w słoneczku druga sesja na płaskiej wodzie. Kuje 25-27knt ale zestawu nie zmieniam. Okazuje się, ze Mistral Wave RD 86l nadaje się idealnie do takich zabaw na lekkim czopie, a Ice'a 5.3 po prostu polubiłem - lekki zagielek powerwave, z którym nawet nie straszne mielenie w czeluściach Manawy. Ania z Nikonem D90 + lufa 300mm motywuje mnie do cięzkiej pracy. Duck'uję i rufuję ile się da. Ręce opadają mi do kolan i padam na kocyk. Równolegle Marek po namowie Damiana uderza na One-eye'a i jeździ tam jak w kolejce górskiej, gdzie "kazdy wagonik ma swój balonik". Generalnie bardzo udany dzień - po trochu wszystkiego. Na jutro prognoza 13-30knt czyli zobaczymy czy dołozy.

Dzień dziesiąty - hasło dnia - nie ucz się kite'a przy 30knt! Bilans dnia - 1 gość w szpitalu z połamanymi 4 zerbami (1 auto na plazy - niestety akurat trafił). Potwierdza się teza, ze najwięcej wypadków zdaza się na lądzie. A na wodzie tak poza tym bajka - 76l i 4.7-4.5 voodoo. Fala momentami chaotyczna 2,5-3,5m ale dało się jeździć. Na jutro jeszcze więcej wiatru...


Jak się później okazuje, do wypadku przyczyniło się kilka czynników - pierwszy to źle puszczony kite przez któregoś z instruktorów, drugi - stojące auto na plazy, trzeci - błąd samego poszkodowanego. W kazdym razie jest juz z nim coraz lepiej.




Dzień jedenasty - kuje konkretnie, 76l i 4.5 voodoo w pasie przybrzeznym to brak mozliwości wykonania zwrotu bez gleby. Ale 4.5 na Manawa jest idealne i w końcu zaczynają mi wychodzić cut-backi i batony. Nie kazda fala jest duza, ale zero tłoku (~3-4 osoby), więc jak się poczeka, to w końcu przychodzi 5-6 setów 3-4 metrowych i jest fun. Marek dzisiaj wspiął się na wyzyny i pływał na kite'cie robiąc jednocześnie zdjęcia, co widać na paru ujęciach. Mnie na ws-ie raczej potrzebne są 2 ręce. 2 sesje po 2,5h na falach w 1 dzień to juz max co się da wykrzesać w moim wypadku. Potem Marek pojechał na One-eye'a (ja mam zakaz z Club-Mistral - no i moze dobrze, bo tam płytko i jeden błąd kończy się spotkaniem z dnem, które jest na głębokości ~70cm). Podjechałem tam pod fale i porobiłem trochę fotek. One-eye wygląda groźnie, ale Marek mówi, ze przy 2-3m fali jest prostszy niz Manawa. Jedyny problem jak rulon drugiej sekcji zaczyna się walić na 50-100m naraz.




Powoli zaczyna dręczyć mnie pytanie - kiedy w końcu przestanie wiać, bo bym pojechał na wycieczkę do parku Black River... Napewno nie jutro, bo znów ma kuć.



Dzień dwunasty - no i wykrakałem te wycieczki, koniec słońca - koniec wiatru, a rano mało nam werandy nie wywiało (25-30knt). Po 2 dniach mega pyty przyszły dni posuchy. Chmury popsuły "magiczny przyspieszacz" wiatru, ale ze 2h dało się pojeździć na 84l i 5.3 voodoo. Mozna by rzec, ze te 84l spokojnie mogłoby być moją duzą deską. A powoli dochodzę do wniosku, ze 5.3 to największy rozmiar, na którym mi się przyjemnie pływa. Chyba trochę się zmanierowałem. Generalnie dzień zaliczony. Marek pospacerował po rafie ze 3 razy. Raz z powodu kolejnej urwanej bridli, 2 razy z powodu sporej dziury wiatrowej.



Dzień trzynasty - dzień wycieczkowy, dopołudniowy wypad do miasta w odwiedziny, potem zerknięcie na spot - tzw. lustro. Szybka decyzja - wycieczka na wodospad, którą uwazam za bardzo udaną. Oczywiście gdy dotarliśmy do końca wąwozu włączyli wiatr na 2h na spocie, co nam donieśli nasi koledzy. Pierwsza myśl Marka - "to moze szybko pobiegniemy?" nie została przyjęta jednomyślnie ;) Jak doniósł Damian, wiało dobre 2h i tak jak się włączyło, tak się nagle wyłączyło. A na Manale w tym czasie było sporo ludzików. Podobno juz na 5 min przed zgaśnieciem wiatru zaczęło się tam kręcić RESCUE. A potem sobie robili jaja, wyciągając kolejnych przegranych z wody, bawiąc się w "fishing". Zwieźli ~20 osób, robiąc to hurtowo, takze cena przejazdu spadła do 1/4 na głowę.





Dzień czternasty - rano samotna 2h sesyjka na Manale na 84l i 5.3. Fala średnia, ale lepsze to niz płaska woda. Potem powrót na plazę i lezakowanie. W między czasie walenie (1 duzy i 1 mały) odprawiają nam makarenę około 1km od brzegu - ludzie krzyczeli "big fish". Mało trafnie co do ryby, ale duze te cacka były. O 13 chmury przechodzą i włączają wiatr, czyli z prognozy 12kntowej robi się 20-23knt. Fala marna, ale dalej ją katujemy. Na jutro niby 8-9knt, ale słońce. Moze się coś z tego urodzi.




Dzień piętnasty - z racji ze rano miało być lekkie zachmurzenie wybieramy wariant wycieczka + potem ewentualne pływanie. Wdrapujemy się na najwyzszy szczyt Mauritiusa (Black River Peak) skąd rozpościerają się magiczne widoczki. Końcówka podejścia na szczyt, to ostre chodzenie na czworaka. Przypomina nam się hasło Marka - trzymajcie się mocno "korzeni traw". Miało być "i" w środku, ale akurat bez "i" była to czysta kwintesencja na tej ściezce na szczyt i spowrotem.

Na spot docieramy o 13tej po odwiedzeniu lokalnego Billabonga. Boardshortów na piankę nie kupiłem - się nie będę lansował ;) Wiatr podobno ruszył juz o 9:30, ale i tak nie mielibyśmy sił pływać przez cały dzień, bo skończyło fukać o zachodzie. Dzisiaj jazda na 84l i 4.7 voodoo, a fale na Manale kolosalne. Na tych na których jechałem przynajmniej 2 było sporo wyzsze od masztu - kosmos. Potem lekko przysiada, więc wracam przy okazji będąc zmielonym na małym break'u, co kończy się złamaną listwą w zaglu. Tak mnie zaskoczyła fala, ze nie wiedzialem nawet kiedy. Trzeba być czujnym wszędzie, ale tak to jest jak się juz wraca do plazy i klapki na oczach w baksztagu się ma. Potem sesyjka na 84l i 5.3, które okazuje się nadzwyczaj cięzkie. Jak się nie ma sił i zmienia szmatkę na większą to potem takie odczucia. Ale na Manale zapominam o tym i trzaskam kolejne fale. 3-4m sztuki objezdzam, a zabawki zabiera mi taka mała 1,5metrówka. Mało czujności i 100m zabką po sprzęt za karę. Dzień zaliczony ponad normę. Jutro prognoza na 5-6knt ale słońce. Ciekawe czy będzie plazowanie, ale tu chyba nikt nie wiezy w te elektroniczne brednie...



A na koniec pływanie do zachodu słońca, czyli Hot Sails Sunset...



Dzień szesnasty - czyli do południa lezenie na plazy, a południu low-wind wave session na 4m lochach. Rano wszyscy patrzyli z zazdrością jak surferzy popłyneli łódką na Manawę. Niestety nikt nie był wstanie dopłynąć tam na wsie czy kite'cie. Gdy warunki się poprawiły (czyli z 4-5knt zrobiło się 17-18), to na popłynięcie tam zdecydowało się niewielu - ryzyko powrotu motorówką niektórych zniechęcało. Ale za to zero tłoku, a bezpańskich fal chodziło tyle, ze az przykro było patrzeć jak się marnują ;)

Tak się skończył nasz pobyt na Mauritiusie w tym roku. Prawda jest taka - w następnym roku w październiku trzeba tam jechać znowu. Lot powrotny na luzie, wszystko spasowało, w domu byliśmy koło 2:00 w nocy.


http://picasaweb.google.pl/Lorzelek/Mauritius

6 komentarzy:

Poklopac pisze...

Flakon kolorki piekne czym to pstrykasz te fotki?
Te lole tam sa sliczne
jp

Flakon pisze...

ja to pstrykam panie moją kamerką Sanyo Xacti :)

Poklopac pisze...

Falkon beda jakies fotki Twoje z tych rulonow? Wrecz fotoaparat Markowi aby cos dla potomnych zostalo.

Flakon pisze...

będą, jak wynajmiemy rybaka z łódką i Anka zasiądzie z D90+300mm - wtedy powinien być konkretny efekt, bo Olympus mju790 wersja waterproof ma tragiczną optykę

Poklopac pisze...

Flakon foty ANII sliczne czy Ania to pierwsze tlo na 1 ze zdjec?
Jezeli tak to wiecej Anii i mniej tych rozmylowanych fot
Towje foty super ale tylko autorstwa Ani

Flakon pisze...

Ania robiła te zdjęcia, więc trudno byłoby jej się znaleźć przed obiektywem, a że akurat się foczka napatoczyła...
Generalnie Olympus mju790 to porażka, jeśli ma to być aparat do sportów wodnych.