piątek, 2 lipca 2010

Mauritius, 8bft też było


Kolega przywiózł w końcu jakis normalny aparat (Nikon D90) i teraz już będą lepsze zdjęcia z lądu. Z wody będzie przez "przedłużkę" pewnie.

FOTKI tukej...

Tym razem za namową Marka wybrałem lipiec na ujeżdżanie falek. Z Zabrza (17:00) na Mauritius dotarlismy przez Halle (23:00), odwiedzając mojego sympatycznego kolegę Mirka i jego współlokatorów, którzy przyjeli nas bardzo goscinnie DAB'em. Po przekimaniu szybko zebralismy się rano i wyjeżdżając o 8:00 z szybkim sniadankiem w Mac'u dotarlismy na lotnisko we Frankfurcie o 14:00 odwiedzając jeszcze darmowy hotspot w BurgerKingu w miescie, by załatwić ostatnie sprawy. Na lotnisku w oczekiwaniu na Marka, który wracał z parkingu jakos mało sprawnie (korki) zaczepił nas pan lotniskowy-bagażowy, który okazał się być Czechem. Miło chwilę pogawędziłem i przyjęcie quiverów odbyło się bez ważenia - od razu na wózek i wio :) Jedzonko w samolocie linii Condor bardziej skąpe niż w Air Mauritiusie lub Air France, ale dało się przeżyć za 150-250E mniej za bilet. Alkohole włącznie z piwem płatne, więc trzeba było zasnąć "na trzeźwo" po 1 pifku.
Dotarlismy do celu o 5:30 (w zimie tutej jest o tej porze ciemno, ale zanim przyjechał nasz pickup z kierowcą zrobiła się 6:30.

Dzień 1:
W poprzednie 2 dni na Mauro był sztorm (8bft, 4-5m fale i deszcz) więc trochę się rozbujało na wodzie co nas cieszy. Tego dnia na dzieńdobry fuka miłe 25-28knt więc takluję bez namysłu 4.2, a że jestem totalnie nieopływany (aż 2 dni w tym sezonie na jeziorach za sobą) to trochę dostaję wciry. Męczymy Małego Break'a, bo jest żółta flaga, więc po co od razu wzywać drogą łódkę z rybakiem. Do południa na 4.2 momentami za dużo (spokojnie można by jeździć na 3.7), ale jako tako daję radę. Mały Break przy przechodzeniu przez jego przybój zabiera mi zabawki, robiąc mi "kilkuset kg nakładkę" na deskę na 5-6tej falce. Za nakładki na boisku dają żółtą kartkę, ale ... no tak, niby jest żółtka flaga ;). Kończy się to 200m żabką wpław za sprzętem, a pewnie by było więcej, gdyby nie miły pan windsurfer nie przytrzymał mi sprzętu w wodzie i nie poczekał na mnie aż się jakos dokulam (oczywiscie lekko pod prąd). Po tej akcji nabieram respektu do Małego Break'a i spływam grzecznie na kocyk. Po 1h przerwie wyruszam ponownie na podbój fal, ale wiatr oscyluje około 22-24knt i jest ciężko z robieniem wysokosci na 4.2. Dzień udany, z manewrów cos tam pamiętam, a najbardziej przypomniałem sobie szybkie starty z wody ;) Parę falek pojechałem - techniki się nie zapomina na szczęscie. Tego dnia była pogoda typowa dla okresu zimowego, czyli trzeba było być czujnym, bo wiatr czasami siadał przez padający poziomo deszczyk - nie należy się wtedy zapędzać za daleko, bo można nie wrócić. Były 2 tęcze 2 razy i inne ładne obrazki (z wody zdjęcia będę robił jak przyjedzie kolega Piotr S. w niedzielę i przywiezie wodoodporny aparacik typu "mju-przedłużkę"). Btw. w okolicach czerwonego słupka na Małym Break'u zrobił się lekki smietnik z gałązek i wodorostów. Przejeżdżając przez to warto by mieć antygrassa, bo inaczej trzeba odchwaszczać sobie fina. Ale znowu na fali antygrass by raczej nie działał przy cutbackach.

Dzień 2:
Dzisiaj dzionek na 5.3 czyli 18-22knt i dobre dożaglowanie. Fala mniejsza - 1,5-2,5m ale cos tam wykrzesałem. Dużo fajnej jazdy do południa na falach - co oczywiscie przypłaciłem fantem... nieprzewidzianym zdjęciem przez falę moich nowych lanserskich okularów z białymi oprawkami. Mówi się trudno i 80zł poszło się kąpać, więc przeprosiłem się z moim "lokalnym kapelutkiem", który przeżył już 2 poprzednie wyjazdy i większe mielenia i znowu wyglądam jak z operacji pustynna burza.
Moment utraty okularów to dobry znak by grzecznie spłynąć na kocyk. Druga sesja w ten dzień na większym powerze i fajniejsze falki, choć zaczęły rzadziej wchodzić na rafę, więc trzeba było sobie cierpliwie wyczekać. I na koniec szlifowanie power-jibe'ów i ducków na płaskiej wodzie w lagunie przez 2h na pełnym gazie.

Dzień 3:
Niby słabsza prognoza ale 16-18 węzełków jest (standardowo 5.3), więc wybieramy się z Markiem na Manawę, bo na Małym Break'u mała falka, co przy przekraczaniu rafy okazuje się zmyłką bo zaliczam na dzieńdobry pranie na otrzeźwienie. Szybko się zbieram i "na halabardę" raźnie zmierzam ku Manale. Kierunek wiatru jest ok, bo dopływam tam jednym halsem. Za to Markowi ciągle brakuje wiatru w 9m HyperType'ie i w końcu daje za wygraną, bo trik "z halabardą" na kicie nie działa. Na spocie jest początkowo 4 windsurferów, potem jeden się wykrusza. A sety chodzą piękne, tylko trzeba cierpliwie wyczekać. Za to wykonanych 5-6 cutbacków na pojedynczym 3-4m secie przekształca się szybko w banana na dobrych kilka minut. Klepię tak fale przez około 3h, a widzę że Marek znów próbuje nas odwiedzić i znowu wraca na tarczy. Fakt że cos tam z tym wiatrem dziwnego było. Na koniec sesyjki jadę między dwoma "kotłami" i szukam furtki. Drzwi ucieczki ukazują się na szczęscie po chwili i kuszą ładnym czystym lipem. Grzechem by było nie skorzystać, ale zanim tam dojeżdżam to lip jest już pionowy i zaliczam mielonkę przy lini bramkowej naszego boiska (kapelutek w stanie nienaruszonym, bryle bym pewnie znowu utopił). To znak że warto zrobić przerwę. Odpoczynek 2h na plaży i ruszamy na kite-beach'a. Podobno będę się uczył kite'a. Marek udziela trafnych wskazówek i po 1h już cos kumam. Po 2h robię 8-semki, bodydragi, self-restart latawca z wody. Źle nie ma. poćwicze następnym razem z deską i wtedy się okaże czy to takie łatwe.


Dzień 4:
2 super sesje wave'owe na Małym Break'u na 5.3, przy wchodzącym z południowego kierunku swellu umożliwiały przejazdy na jednej fali przez 800-900m i 7-9 cutbacków i to pod wiatr, bo zawijka szła w drugą stronę. Przy okazji jazdy robiło się wysokosć - przyjemne z pożytecznym. Podczas końcówki pierwszej sesji dostaję jak zwykle znak pt. "już czas na kocyk". Jak się okazuje, niezatapialny kapelutek nie jest do końca niezatapialny i dzisiaj zmienił miejsce osadzenia z mojej czaski pewnie na jakiegos podwodnego kalafiora, albo zostanie wypluty na Madagaskarze.
Wszystkiemu winna ostatnia góra, jaka mi wyrosła na małej rafie. Z dołu patrzyłem jedynie jaka ona wysoka i dlaczego wyższa od mojego masztu. Tym razem stwierdziłem, że szkoda mieć wyrwane ręce i grzecznie pusciłem zestaw z nastaniem "mokrego klimatu". Potem nastąpiła nagła zmiana scenerii i przy 3-4 salcie poczułem jak zostaję rozebrany z kapelutka. Szybkie wynurzenie (już nabrałem wprawy i z zamkniętymi oczami pod wodą mogę trafnie okreslić gdzie jest góra a gdzie dół po kilku kołowrotkach) i zestaw jest tylko 50m ode mnie. Co za ulga - szybki kraulik i cieszę się, że było tak mało. Radosć trwa raptem 10sekund. Przychodzi "młodszy brat dużej góry" i dokłada mi karne 100m żabki w pianie. Druga sesja przy jeszcze bardziej stabilnym wietrze i pięknych przejazdach. Na koncie mam uratowanie deski (Starboard Quad) kolesiowi, któremu rozłączyło pędnik od deski. On został z żaglem a deskę mu zniosło. Kończę przywiązywanie jego deski do mojej zapasowym sznurkiem ale Rescue-boat nadpływa więc oddaję im fanta i wskazuję, gdzie kola ostatnio widziałem. Po 10 minutach go znajdują. A na ostatnim (nie ja go wybrałem jako ostatni) przejeździe odkręca mi się przedni strap i wracam "na oklep" 600m na falkach. Wrażenia z takiej jazdy mało ciekawe. Na koniec dnia cykam chłopakom jeszcze trochę fotek podaczas wieczornej sesyjki freestyle'owej.


Dzień 5:

Pół dnia na 4.2 fajnej jazdy na Małym Break'u na falach (swell ciągle działa) i na koniec sesji zderzenie z niemieckim windsuferem (zresztą sąsiad z apartamentu) na falce - przez to zrobiła mi się dziurka w żaglu 5x5cm2 a jemu nic. Niby moja wina, bo on szedł pod falę a ja jechałem na fali, ale mogłem go ominąć, ale nie chciałem tracić wysokosci i benc. Po zdarzeniu spłynąłem na plażę i wiatr lekko siadł. Czorny powertape i dziurki ni ma. Druga sesja na 5.3 ciągle na falach - trzeba korzystać póki są. Po godzinie mam już fullpower w żaglu, a po 2h tylko leje wchodzą w rachubę przy zwrotach. Nie chce mi się już spływać po 4.2 więc jakos walczę do końca. Marek ćwiczy jazdę na fali unhook - czyli naciąganie jednej ręki, aby była dłuższa od drugiej.

Dzień 6:

Ciągła pielęgnacja odcisków na dłoniach czyli 6h moczenie w słonej wodzie, 4 razy dziennie balsam nawilżający + na noc krem penaten na blazy dają radę. Dzisiaj kolejny miłł dzionek na 5.3 - początkowo Mały Break, ale trudno już złapać fajną falkę, albo zwija się pod wiatr, albo łamie na całej długosci. Podpatruję, że Piotrek S. pojechał na Manawa'e. Rozpatruję szybko kierunek wiatru - pasuje, no to jadę. A tam raptem 4-6 windsurferów i 2 kite'y. Fale takie jak trzeba czyli 3-4m i pomiędzy nimi gładziutkie szkło. Po 8-10 przejazdach ponownie odkręca mi się sruba prawego strapa i to gdy robię batona, co kończy się wylotem. Zbieram zabawki i jazda na oklep - tym razem 1,5km do brzegu downwindem. Pożyczka srubokręta w Clubie Mistral (żeby nie tracić za dużo wysokosci) i powrót na Manawa'e (chyba zacznę sprawdzać co rano sruby). Wiatr troszkę zelżał (tak do 16knt) ale fala dalej przednia więc katujemy się na naszym boisku.
Po 2h pasuję i w lagunie na zakończenie dnia pykam 45minutową sesyjka ducków i jibe'ów na pełnej pycie. Dzisiaj opuszczamy spot w połowie stawki po jasnemu (17:00), a nie jak poprzednio po zachodzie słońca.

Dzień 7:
Dzisiaj był ten dzień. 6-7bft i fala 3-4m na Manale. 4.2 dobrze spałowane i cały dzień wypasne smiganie. Po przejechaniu 500m wałka brakowało już siły na dokręcenie rufki na końcu "boiska". Dzisiaj batony bez lejów wogóle nie wchodziły w rachubę, więc chcąc nie chcąc musiałem się nauczyć kładzenia żagla poziomo - efekt jest zajebisty i spokojnie bez zachwiania da się dojechać do lipa. Z niepołożonym żaglem jakikolwiek podmuch po batonie wytrąca z równowagi.
Ze stajni kite'owej - kolega Piotrek miał dzisiaj dublet w zwózkach. Do południa przejechał One-Eye'a za daleko i go zmieliło. Czujny rybak zamiast łapać prawdziwe ryby to wyptaruje takie "złote sztuki" przez lornetkę i po kilku minutach podjął rozbitka z wody. Potem szukali jeszcze przez prawie 0,5h deski, którą wyniosło aż do "drugiego oka" czyli jakies 1-2km. Na szczęscie brak strat w sprzęcie. Po południu namówiłem Piotrka na Manawę, bo jednak bezpieczniej. Jak się okazało nie do końca. Przy któryms przejeździe otworzył mu się zawór spustowy w latawcu i kolega został w głębokiej dupie. Nie miałem innego wyjscia jak nie zauważyć tego stanu, bo jego latawiec zwalił mi się na głowę. W pobliżu kręciła się motorówka z fotografem, więc szybko zawołałem pomoc i "panowie ekstremalni fotografowie" podebrali z wody Piotrka i zawieźli na brzeg (5-7 minut zwózka). Jak się okazało, cenę też mieli esktremalnę (na początku 100E, zeszli do 75E). Rybak z One-Eye'a był tańszy - 50E za prawie 0,5h wycieczkę. Jutro ma być 18-19knt w podstawie (dzisiaj GFS pokazywał 13knt a było 26-28), więc ostrzę zęby na 3.7.

Dzień 8: (dzień chusteczek)
No tak - prognoza się sprawdziła (już o 9:00 30-35knt), czyli 3.7 na blaszkę i najkrótszy fin jaki mam czyli 8,25" (ale chyba warto by poszukać na allegro 19,5cm). Do Małego Break'u była masakra, potem wypadające zęby (interferencje fal) aż do początku Manwały, a tam gładziutko i 30 supełków. 3-4 osoby na spocie i "duże domy". Zaliczyłem 2 sesje po 2-2,5h każda. Fala trochę mniej regularna niż poprzedniego dnia, bo jednak wchodziły pod kątem 45stopni do głównej fali takie "psie budki" i czasami "budki telefoniczne", ale można było je wymanewrować i jechać dalej swoje. Dzisiaj laydown'y na 3.7 przy bottom turnach to podstawa. Nawet jeden kiciarz mnie pochwalił na przejazd fali. Byłem jak w transie, ale siły brakowało na poprawne zakończenie rufą na pełnej pycie.
W takich warunkach Pocket 84l z finem 21cm sprawuje się bardzo dobrze. Wogóle nie podwiewa dziobu. Jazda z fali też bardzo poprawna, nawet przy bardzo dużej prędkosci trzyma krawędź na łuku. Czasami w pianie lekki spin, ale piana to piana. Przy cutbackach krótki fin daje swobodę nagłego zaciesnienia skrętu, ale równie dobrze trzyma się przy płynnym łuku.
W tym czasie inne wsy tłuką Małego Break'a, ale tam straszny czop. Jak kto lubi.
"Bezbłędni" jeżdżą na One-eye'u.
Ze stajni szmacianej - dzisiaj w większosci 5tki i 4rki na wodzie. 7tki miały ciężko.
Jeden zgubiony kite na One-eye'u przez jakiegos "experta". Drugi latawiec Marek ratuje jakiemus kolesiowi.

Brak komentarzy: